piątek, 30 kwietnia 2010

78.

Kolejny weekend spędzę na wsi, więc postanowiłem się do niego przygotować. Bieganie po nierównym podłożu ( czyli po rzeczach, które rozrzucam po podłodze z szafek, półek i kryjówek) mam doskonale opanowane, więc czas przygotować się pod kątem ubraniowym. Za podstawę wyposażenia wybrałem słomkowy kapelusz. Prawda że wyglądam jak rolnik sam w dolinie?
 
A tak poza tym, to o co chodzi? Co to za zdjęcia? Mamuś, skończ już sesję!
Miłego leniuchowania, ja tam będę przekopywał tony piachu i przejdę kilkadziesiąt kilometrów!

środa, 28 kwietnia 2010

77.

 Odbyłem dziś wizytę kontrolną u lekarza. W poczekalni narobiłem trochę hałasu, żeby nikomu nie umknęło, że przyszedłem. W gabinecie dowiedziałem się, ile ważę (12,2 kg) oraz ile mierzę (79cm). Ułomkiem nie jestem, więc do szczepienia (a to mi niespodziankę Rodzice sprawili, grrr!) przytrzymywał mnie Tatuś. Oczywiście popłakałem trochę żeby poczuli moje niezadowolenie, ale to minęło po solidnej dawce mleka... mniam.
Dowiedziałem się także, że nowe zęby szykują się do naporu na dziąsełka,  czyli czeka mnie mała przeprawa z bólem, ale że tak zażartuję, zacisnę zęby i przetrwam :)
Pochwalę się jeszcze tym, że chodzenie opanowałem w stopniu pozwalającym mi na bieganie. Najbardziej lubię biegać po kąpieli, tylko Mamusia i Tatuś nie są zbyt zadowoleni, że zamiast spać zaczynam się bawić.
Na tym zdjęciu jestem przed szczepieniem:
A na tym po, to tak dla porównania miny:

czwartek, 22 kwietnia 2010

76.


Ostatnie dni sprawiają, że zabawy w domowym zaciszu stają się moim rytuałem. Jednakże muszę wyznać, że bardzo lubię zwiedzanie świata z perspektywy wózka i z niecierpliwością oczekuję widoku Mamusi, która niesie kurtkę i buty, ponieważ zwiastuje to rychłe wyjście na miasto. A na mieście się dzieje!
W każdym razie, w takie deszczowe dni, jak teraz, kiedy Mamusia nie chce się za bardzo poświęcić i moknąć na spacerze (dlaczego tylko Ona ma przemoczone ubranie, a ja jestem suchy, nie wiem), zostajemy w mieszkaniu. W domu wszystkie kąty są mi dobrze znane, więc Rodzicielka musi włożyć trochę wysiłku w to, abym nie dąsał się w zakamarkach.  Wczoraj jednak dałem się chwilowo zwieść, ponieważ, gdy z zawziętością godną lepszej sprawy męczyłem się  z rozrzucaniem piankowych puzzli po podłodze, Mamusia zniknęła mi z oczu. Ciekawe, skąd Ona wiedziała, że przez kilkanaście minut będę z lubością oddawał się przyjemności destrukcji misternej układanki? Chyba ma jakiś specjalny czujnik służący do kontrolowania moich poczynań, bo już nie pierwszy raz spotyka mnie podobna sytuacja. Zboczyłem trochę z tematu, więc wracam na właściwy tor. Gdy po kilku minutach zabawy coś mi nie pasowało, a klocki tworzyły twórczy bałagan, rozpocząłem poszukiwanie Rodzicielki. Szybko je zakończyłem, bo Mamusia była w kuchni (Aha!) i knuła coś w tajemnicy. Biedaczka kombinowała posiłek dla mnie, bom się zmęczył szabrowaniem mieszkania. Nie była to jednak zwykła przekąska, bo Mamusia zainspirowała się musem w tubce firmy  BoboVita. Z racji tego, że akurat na ten w wygodnym opakowaniu muszę czekać jeszcze dwa miesiące (a podobno, jak się kończy rok to można jeść wszystko!!), więc mus ze słoiczka przełożyła do foliowej torebeczki i odcięła róg. Zaciekawiło mnie to, nie powiem. Prawdziwa zabawa ostatecznie zaczęła się po przejściu do pokoju. Mamusia na podłodze rozłożyła duży talerz i rozpoczęła wyciskanie owocków, a każdą rzecz, którą wyrysowała na naczyniu z lubością rozciapałem, dzięki czemu nadałem ostateczny kształt naszemu dziełu. Potem odkryłem, że „farba” jest jadalna, a nawet pyszna, więc tworzenie ustąpiło miejsca konsumpcji.
Okołopołudniowa owocowa rozpusta niespodziewanie przypomniała mi się podczas kolacji. Z tym, że zmieniłem nieco formę zabawy, ponieważ, gdy Tatuś próbował nakarmić mnie kleikiem, ja z przyjemnością Go nim opluwałem. Świetna zabawa, ale Rodzice byli średnio zadowoleni moimi poczynaniami, na a ja sam zacząłem się niesamowicie kleić i lepić, bo duża część kaszki nie doleciała do Tatusia i została na mnie. Okazałem jednak Rodzicom dobre serce i bez ociągania zasnąłem, gdy tylko moja głowa dotknęła łóżka.





niedziela, 18 kwietnia 2010

75.

Dzisiaj było ciepło, było słońce, był spacer i doprawdy cieszę się, że nie musiałem dreptać w tym maratonie. Ale po kolei:
woził mnie Tatuś,
 uśmiechałem się do aparatu, niczym rasowy model,
w nagrodę Tatuś mnie huśtał, a Mamusia pstrykała foty,
aby następnie zamienić się rolami.
 Byłem ciekaw każdego urządzenia na placu zabaw,
wszędzie musiałem wejść i sprawdzić, z czym mam do czynienia,
 
 przyglądałem się sprzętom w skupieniu.

Tak się kręciłem z Tatusiem: 

A tak się bujałem;)

czwartek, 15 kwietnia 2010

74.



Z okazji moich pierwszych i jakże hucznie obchodzonych urodzin moja Mamusia udekorowała mi ładnie tort. Użyła do tego owoców, z których wycinała moje imię. Doprawdy, nieźle się musiała przy tym namęczyć, ale jej dzieło bardzo podobało się reszcie świętujących. Podobno tort też nieźle smakował, tylko że ja nie mogłem go nic, a nic skubnąć.  Nie dość, że mam sporą listę rzeczy zakazanych, to jeszcze bolał mnie brzuch, więc nawet się nie rwałem do podkradania cichaczem słodkości.


Dorośli mają nieco większy wybór jedzenia, które prócz brzuszka karmi także oczy. A ja też mam oczy, wygłodniałe oczy! Kolorowe zupki z kubikami marchewki już nie zaspokajają mojego zmysłu artystycznego,  a przecież zacząłem niedawno przygodę z kredkami świecowymi oraz papierem /a czasem nawet i z podłogą/ i muszę trenować zmysły :)

Na szczęście Mamusia znalazła na stronie BoboVita inspiracje do zabaw z moją kaszką powszednią. Póki co nasze zabawy to na razie mazianie łyżeczką po tafli kaszki, ale ja pozwalam sobie na wkład własny i, niczym się nie przejmując, zatapiam swoje palce w przyjemnym jedzonku. Miło jest i przyjemnie. Błogi stan nie trwa niestety zbyt długo, bo do akcji wkracza Rodzicielka, która ma w zanadrzu wodę i ręcznik, co zwykle kończy moje zapędy artystyczne, ale za to moje dzieło się nie marnuje, bo ląduje w moim brzuszku, a taka Mona Lizę to ktoś zje? Nikt się na nią nie połasi, choć ładna jest i uśmiechnięta. Za to moja nowa „kaszkowa” sztuka „użytkowa” ma wiele zastosowań i sam już nie wiem czy wolę się w niej taplać czy ją zjadać?

A widzieliście ten filmik z rysowaniem na sypkiej kaszce? To już krok w stronę wygrania pogra mu z największymi talentami! Wygląda na niezłą zabawę, ciekawe jak Mamusia będzie się zapatrywać na sypanie kaszką po podłodze? Obawiam się, że będzie wtedy kierować moją uwagę w stronę sportu. Curlingu dokładniej, wiecie szczotka i zamiatanie. Chyba zastanowię się jeszcze nad pójściem w tym kierunku, tak dla pewności wstrzymam się kilka miesięcy. Aha, jeszcze jedno, jedzenia mi strasznie szkoda w wersji suchej zużywać, ponieważ ciężko jest się takim posilić przy wzmożonym wysiłku (a co, myśleliście, że ja nic przez cały dzień nie robię?), dlatego rysowanie w kaszce bez mlecznego wsparcia odpada z przyczyn osobisto-egoistycznym. Na razie celebruję z dumą moje wielkie święto i w duchu próbuję rozgryźć sposób udekorowania tortu. Ciekawe, ile czasu musiałbym ćwiczyć żeby dać sobie radę z dekorowaniem posiłków owocami? Jeszcze ciekawsze, czy jedzenie dotrwałoby nietknięte do czasu ukończenia dekoracji?









poniedziałek, 12 kwietnia 2010

73.

Od wczorajszego dnia szczycę się skończeniem roku. Obchodziłem urodziny, rodzina miała tort, a ja tylko łyżeczki zdołałem wykraść, ale a to dwie, dzięki czemu mogłem nimi pobębnić w stół i talerze. Podejrzewając, że skończenie dwunastu miesięcy jest wydarzeniem pamiętnym postarałem się o wkład własny i kilka drobnych, w strachu stawianych kroczków zdołałem poskładać w skoordynowany chód. Wszyscy się cieszyli, Babcia trochę nie ufała mojej samodzielności i starała się mnie asekurować, niepotrzebnie.
-Ooo, tam patrz!
Gram na łyżkach i troszkę na nerwach:
 Wejście w nowy rozdział życia /no bo nie jestem już niemowlakiem, prawda?/ uczciłem jazdą w nowym foteliku samochodowym. Cudownie jest móc widzieć zmieniające się krajobrazy, a nie tylko tylną szybę. Potrzebuję kierownicy, wtedy będę jak Tatuś!