niedziela, 9 czerwca 2013

110.

Tata: - Ale mam katar, od tygodnia nie czuję, co jem.
Mama: -To możesz jeść dużo zdrowych rzeczy. Jedz brukselkę!
Biszkopt (z łazienki): -BRUKSELKE SE ZAŻYJ!

poniedziałek, 20 czerwca 2011

109.

W związku z przestawianiem, przemalowywaniem i odgruzowywaniem kuchni zostałem zesłany na tygodniowe wczasy do Babci i Dziadka, gdzie nadużywałem słońca, piasku oraz trawy (do biegania oczywiście). W związku z pobytem w takich miłych okolicznościach przyrody strasznie ciężko było mi się przestawić na miejski rytm życia, na szczęście Rodzice dawkują mi dwa razy więcej wyjść na place zabaw niż przed urlopem. Nie ma co, opłaciło się wyjeżdżać, chociaż pies stanowczo zbyt blisko mnie chodził i alergia dała o sobie znać.
Wszystkim, co spotkam na swojej drodze potrafię się bawić.

Gramy z Tatą w kosza, bo gra zespołowa to podstawa.

wtorek, 17 maja 2011

108.

Z całego świata najbardziej lubię place zabaw, chociaż nie, chyba jednak podkradane Rodzicom jabłka, ale jeśli już place, to tylko te, które zaopatrzone są w zjeżdżalnie (koniecznie) oraz piaskownice. Ogólnie rzecz biorąc ten przybytek wielbię niezależnie od poziomu jego zaludnienia, bo sam całkiem nieźle się bawię, jednak towarzystwo w moim wieku znacznie podnosi atrakcyjność szaleństw wszelakich do tego stopnia, że Mamusię odstawiam na bok, gdyż nie musi mnie zabawiać, a sam podążam za kolegami z szybkością małej błyskawicy. Wczoraj opanowałem do perfekcji wspinanie się na najwyższą zjeżdżalnię koło domu i nie potrzebuję już asekuracji, chociaż Rodzice nie do końca wierzą w me umiejętności i jak cienie śledzą każdy mój ruch, co mnie bardzo cieszy. Oni dbają o mnie, więc w ramach odwdzięczenia się pomogłem Mamusi rozkręcić się na karuzeli, co ją bardzo ucieszyło, a ja śmiałem się razem z nią. A potem nastąpiła najgorsza część wizyty na placu zabaw, czyli opuszczanie go. Nie lubię tego robić, bo czuję, że nie pobawiłem się wystarczająco na wszystkich urządzeniach i ten niedosyt wywołuje u mnie płacz, który zwraca uwagę przechodniów, jednak szybko przechodzi, gdy spojrzę na nieugiętą minę Mamy, bo wiem, że wszelkie dyskusję na nic się zdadzą.
Ech, nie warto płakać.

sobota, 9 kwietnia 2011

107.

Jestem reklamożercą.
W dodatku z dwóch przyczyn. Po pierwsze, od zawsze żywo reagowałem na te zajmujące pasma telewizyjne, które, ku mojej rozpaczy, były przerywane jakimiś filmami czy nic nie znaczącymi programami. Blok reklamowy zajmował skutecznie moją uwagę do tego stopnia, że...
Po drugie, jem obiad niemal wyłącznie przy towarzyszących temu wydarzeniu spotach. Wiem, że to niezdrowe, bo mogę pochłonąć bez mrugnięcia okiem wszystko, co mi pod nos Rodzice podsuną, ale lubię i już.
W związku z moim uwielbieniem do reklam, ułożyłem moje top 3, czyli hity, którymi na bank się zainteresuję:
#3
Mumio dla Plusa, "do babuni" jest moim hitem i na każdym demonstruję sposób ćwiczenia narządu mowy;
#2
Biedronka, rozmawiające jedzenie- idealne do posiłku, zresztą produkty Biedronki polecają się na obiad;
#1
Minutki z Orange, są takie miękkie i sympatyczne, że sam bym je nakarmił moim jedzeniem, żeby dostać dziewięć nowych. Ale by była wtedy zabawa!
Aha, zapomniałbym zupełnie o nagrodzie specjaalnej, którą wręczam Krystynie z Ery:
A tak na marginesie, to nawet te reklamy nie sprawią, że z ochotą zasiądę do stołu, za kogo mnie macie- ja grzeczny nie jestem! Ostatnio  nawet zrezygnowałem ze stwarzania pozorów, bo i po co robić złudną nadzieję, że jednak bunt dwulatka mnie nie dotyczy? A kogo ma dotyczyć, jeśli nie mnie skoro za dwa dni kończę dwa lata?

czwartek, 24 marca 2011

106.

Moje zmagania z wanną w końcu wyszły na prostą i uwielbiam się taplać w ciepłej wodzie, chociaż nie zawsze tak było. Droga prowadząca do idylli łazienkowej była kręta, wyboista i pokonywana w nieodpowiednich oponach. Początkowe miesiące spędzałem w wannie w bojowym nastroju z przeraźliwym krzykiem na ustach- wiadomo, młody byłem i nieuświadomiony. Następnie nieco ochłonąłem, woda mi zobojętniała, co nie znaczy, że ją polubiłem, nie wadziła mi po prostu, aby następnie podpaść totalnie. Wszystko przez moją długaśną podówczas grzywę, która wymagała długich zabiegów pielęgnacyjnych, abym swą fryzurą lansował się na ulicach miasta. Skrócenie fryzury i odkrycie magii kubka z wodą pozwoliło mi na nowo cieszyć się kąpielami. Z tym kubkiem to fajna sprawa, najpierw Rodzice sami mnie nim traktowali,  polewali, płukali (bo spłukiwanie prysznicem to póki co przesada w łaskotaniu-zbyteczna zupełnie), aż sam chwyciłem za naczynie i zacząłem proces nawilżania okolicy, chociaż płytki nie namakają. Najlepiej, prócz moczenia samego siebie, jest polać Mamusię, która zaglądnie do łazienki. Niedawno Tatuś dodał do naszego arsenału gumową kaczkę, znaną jako "Kaka", z którą to zasadza się na niczego nie podejrzewającą Rodzicielkę zwabioną do łazienki moimi nawoływaniami. W kaczce jest oczywiście woda, która ląduję na przykład w oku Matki. Po takiej akcji aż mnie brzuch boli od chichotania się z cudzego nieszczęścia, ale żeby nie wyszło na to, że jestem złośliwym trollem czy gnuśnym chochlikiem, to zaznaczam, że po kąpieli grzecznie odkładam kubek na miejsce, a przed toaletą zawsze zbieram klocki z podłogi. Ordnung muss sein, prawda?
Dzielę się z gołębiami waflem, choć są pazerne, więc dla mnie dużo nie zostanie...

...i stadnie rzucają się na każdy okruch...
...szalenie to śmieszne, ale mnie słuchają!

Czy te oczy mogą kłamać?

niedziela, 20 marca 2011

105.

Bańki mydlane! Od wczoraj jestem ich wielkim fanem, po tym jak próbowałem je łapać na Rynku ku uciesze przechodniów. Prawdę mówiąc to bardzo podoba mi się zainteresowanie ze strony obcych ludzi, dopóki wiem, że mogę się schować za Rodzicami, nie wiem jak bym się zachował w sytuacji sam na sam, ale pewnie jakieś rekordy w sprincie zostałyby pobite. Wracając do baniek mydlanych, jakoś nie pojmuję ich złośliwości- są piękne, małe, kolorowe, ale za nic nie dadzą się złapać i dać im przyjrzeć, w rezultacie nabiegałem się za nimi, początkowo próbując chwytać, ale potem zrezygnowałem z tej syzyfowej pracy na rzecz destrukcji, co- z uwagi na codzienny trening- wychodziło mi dużo lepiej.

niedziela, 27 lutego 2011

104.

"Bunt dwulatka" słyszę tę nazwę średnio dziesięć razy dziennie od Rodziców. Wysokie stężenie tych słów zdarza się szczególnie wtedy, gdy Rodzice mnie czymś zirytują, a ja się im postawię. W moim przypadku "stawianie się" równa się rzucaniu na ziemię i próbowaniu siły swego głosu. Szkoda tylko, że Mamusia z Tatusiem są tak oczytani i wiedzą, jak odeprzeć mój atak. Używają taktyki "na Mazowieckiego", czyli siły spokoju, normalnie nie interweniują, dopóki nie dążę do zrobienia sobie lub innym krzywdy. Szkoda, bo pomysły mi się kończą, a płakanie mnie okrutnie męczy i zwykle idzie na marne. A jak już coś wymuszę, to Rodzice nie podzielają mojego zachwytu ze zdobycia trofeum.
Idę krok w krok za gołębiem.


Jem śnieg. Zimny, ale bez smaku.
Palce lizać!