poniedziałek, 10 stycznia 2011

102.

Rodzice kompletnie nie rozumieją idei spacerów. Dla nich przechadzka ze mną to nudne chodzenie po alejkach, a dla mnie to właśnie unikanie chodników i brykanie po trawnikach, krawężnikach. Wczoraj wybraliśmy się na miasto, na Rynku ciężko i było unikać miejsc przeznaczonych typowo do chodzenia, ale na szczęście znalazłem drzewa i biegałem wkoło nich. Moim zainteresowaniem cieszyły się drzwi, schody oraz gołębie, te ostatnie nie chciały nawiązać bliższego kontaktu z uwagi na brak w moich rękach choćby obwarzanka (zjadłem).
Lubię się pobrudzić, co akurat Rodzice aprobują, czym wzbudzają zdziwienie osób postronnych, gdy na przykład skaczę po kałuży, a Oni tylko obserwują, bądź gdy po mojej wywrotce nie krzyczą w panice "O jejku!". Wiedz, że wtedy rozryczę się na całą okolicę, co byłoby większą tragedią niż krótki odpoczynek na zabłoconym chodniku.
Ostatnio wykazałem się niezwykłą odwaga, gdyż przeżyłem pobieranie krwi. Tatuś martwił się o moją reakcję, ale ja nie zwróciłem uwagi na ukłucie palca, ponieważ zaciekawiła mnie fiolka obok. Zirytował mnie dopiero plasterek na palcu, ale wtedy miałem już moją uprowadzoną fiolkę-pocieszycielkę.